Eliza Bell potrafi postawic sie oficerowi rekwizycyjnemu, odebrac poród zrebiecia o trzeciej nad ranem i prowadzic majatek ogolocony przez wojne, nie podnoszac przy tym glosu ani razu.
Nie potrafi natomiast - za nic w swiecie - powiedziec mezczyznie, co czuje.
Gdy jej ojciec wyjezdza do Belgii, Eliza zostaje odpowiedzialna za Belle Haven, rodzinny majatek hodujacy konie dla kawalerii. Wojsko zabralo niemal wszystko. Zostalo tylko kilka ciezarnych klaczy hodowlanych, program hodowlany bez ogierów i odpowiedzialnosc, która przygniótlaby wiekszosc doroslych - a co dopiero osiemnastoletnia dziewczyne.
Wtedy przez brame wchodzi ranny porucznik z osleplym ogierem i bez zadnego innego miejsca, do którego móglby pójsc. David Llewellyn jest cichy, kompetentny i zupelnie nieodpowiedni - syn walijskiego farmera bez grosza, z niesprawna reka i upartym przekonaniem, ze kon, który ocalil mu zycie, zasluguje na powrót do domu. Nie prosi o pozwolenie, by zostac. Po prostu zostaje - a to "zostaje" burzy wszystko, co Eliza tak pieczolowicie w sobie poukladala.
Bo Eliza jako niemowle zostala porzucona na progu kosciola, a lekcja, która wryla sie w jej kosci, zanim jeszcze nauczyla sie mówic, brzmi: wszyscy odchodza. Potrzebowac kogos to prosta droga do cierpienia. A mury, które budowala przez osiemnascie lat, nie wytrzymuja spotkania z mezczyzna, który slucha calym soba i ani razu nie próbuje wziac tego, czego mu nie ofiarowano.
Klacze nie przestaja sie zrebic. Wojsko nie przestaje zabierac. A mezczyzna, w którym Eliza sie zakochuje, jest o jeden rozkaz od tego, by zniknac z jej zycia.